Warszawa – miasto, w którym można przemieścić się w czasie

Nie – nie jestem hipsterką. Niektórzy twierdzą, że mam hipsterskie okulary, jednak ja uważam, że są bibliotekarskie, takie trochę retro. Lubię retro, a jeszcze bardziej lubię kawę. Wychodząc z kościoła na Placu Zbawiciela, z powodzeniem mogłabym zostać uznana za wnuczkę Jana Machulskiego z filmu Vinci – jeśli wiecie co mam na myśli…Patrząc na jeden z najpiękniejszych warszawskich Placów nagle nabrałam wielkiej ochoty na espresso macchiato.

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, w którym zamieszka Modomania Flancowana

Usiadłyśmy przy okrągłym stoliku w Charlotte Menora na Placu Grzybowskim.

W poranki takie jak ten – ciepłe i słoneczne ciężko tu o wolne miejsce, ale najwyraźniej miałyśmy szczęście. Ilka, która jeszcze przed momentem była w pociągu relacji Katowice – Warszawa Centralna, rozejrzała się wokół i stwierdziła, że czuje się jak gdyby była w Paryżu. Ilekroć tu jestem mam dokładnie takie same odczucia, bo niewiele jest takich miejsc, w których do śniadania oprócz świeżej kawy podaje się dobrze schłodzone francuskie wino. Ludzie siedzący przy sąsiednich stolikach porozumiewali się ze sobą w różnych językach, tworząc przy tym piękną i barwną mieszankę kultur. My także zamówiłyśmy śniadanie, jednak zamiast lampki musującego Beltoure poprosiłyśmy o cappuccino – zgodnie stwierdziłyśmy że na świętowanie przyjdzie jeszcze czas!


Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, w którym na moment zabrakło mi światła

Wpatrując się w tablicę rozdzielczą z umieszczonymi na niej bezpiecznikami przypomniałam sobie jeden z moich ulubionych fragmentów Kabaretu Hrabi. W trakcie egzaminu, wykładowca zadaje studentce pytanie: co Pani wie o Oświeceniu? W odpowiedzi słyszy: ja wiem! Oświecenie jest na prónd. – Na prónd? Dopytuje coraz bardziej skonsternowany profesor.  – tak, na prónd, taki nieduży, plus minus…

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto oczekiwanych spotkań

Siedzący po przeciwnej stronie stołu konferencyjnego Człowiek od czterdziestu pięciu minut prezentował atuty nowo powstałego biurowca na warszawskim Mokotowie. Jako jedną z licznych zalet tej lokalizacji wymienił obecność kawiarni cieszącej się w Warszawie dużą popularnością i sympatią – także i moją. Myślami byłam już przy tej właśnie kawie, pitej pośród licznych książek, ustawionych na zgrabnych, drewnianych półkach… Z zamyślenia wyrwała mnie rozmowa, która toczyła się nieprzerwanie i najwyraźniej wciąż dotyczyła tego samego tematu: „kawiarnia, o której mowa szczyci się tym, że nawet w godzinach wieczornych ludzie samotni, głównie przyjezdni, przychodzą tu, żeby popracować, poczytać książkę lub wypić kawę – wówczas nie czują się już tak bardzo samotni”.

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które stwarza okazje

Trudno byłoby mi określić wszystkie zmiany jakie zaszły w Warszawie w trakcie ostatnich pięciu lat, ale tym co zmieniło się zauważalnie jest rozkład jazdy tramwajów warszawskich. Jeżdżące niegdyś ze szwajcarską punktualnością siedemnastki, przyjeżdżały jedna po drugiej w odstępie zaledwie dwóch minut. Aktualnie, odprowadzając wzrokiem odjeżdżający sprzed nosa tramwaj, czeka się na następny około piętnastu minut. Dla przeciętnego Kowalskiego być może nie ma to żadnego znaczenia, ale dla osoby, która już z chwilą wyjścia z domu jest spóźniona do pracy, ma to znaczenie ogromne.

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto nad którym świeci portugalskie słońce

W dzielnicy Belem w Lizbonie, u ujścia rzeki Tag znajduje się pomnik Padrao dos Descobrimentos. To właśnie stąd Portugalczycy wypływali niegdyś w podróż ku dalekim lądom i nieznanym krainom.
Ja także jakiś czas temu ruszyłam w nieznane – tak jak tamci Odkrywcy. Wsiadłam w czerwony autobus i wyruszyłam w drogę…
Ta historia z powodzeniem mogłaby rozpocząć się na Śląsku, bo są ku temu pewne powody… Ale zaczyna się w Warszawie, do której przycumowałam kilka lat temu i która dała mi się poznać z jak najlepszej strony.

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które przywołuje wspomnienia

Jaka jestem? Spóźniona. Tak. Całe życie jestem spóźniona…To pytanie i ta nieco zawstydzająca refleksja mimowolnie przyszły mi na myśl w przymierzalni jednej z największych mokotowskich galerii handlowych. I wtedy, kiedy miałam już zamiar zrezygnować z koncertu i zadzwonić do Ju, usłyszałam dobiegający zza kotary głos mojej Kuzynki: „I jak, rozmiar w porządku”? Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i zobaczyłam dziewczynę wyjętą jakby z lat trzydziestych XX wieku. „Sukienka lila niebieska” -natychmiast pobrzmiała mi w uszach jedna z moich ulubionych piosenek, która wyjątkowo pasowała do okoliczności. –Muszę się spieszyć na koncert! –Ale przecież nie zdążysz – usłyszałam w odpowiedzi. –No właśnie! Jestem spóźniona.

Czytaj dalej…

Ulica Dawna – wciąż aktualna

Rzecz działa się na pograniczu ulic Magazynowej i Samochodowej… W okolicach nowo powstałego osiedla, w którym mieszkania sprzedały się na pniu, choć każdy zachodził w głowę, jakim cudem ktoś w ogóle chce tu mieszkać… W tych właśnie rejonach, w wyjątkowo senny poranek piliśmy wspólną kawę… Kwestia jej smaku pozostawiała wiele do życzenia. Czym innym jest jednak kawa, a czym innym natomiast toczona przy niej rozmowa. Od kilku minut mówiliśmy o tym, jak spędziliśmy wczorajszy wieczór, kiedy nagle do rozmowy włączył się Janek: „wczoraj grali Bartycką”… Mówiąc to, spojrzał na nas z całą powagą majestatu, zupełnie tak, jak gdyby opowiadał o nowo wystawianej operze w Teatrze Wielkim.

Cisza.

Spojrzeliśmy z Ksawerym po sobie, potem spojrzeliśmy na Janka, na powrót na siebie i znów na Janka. W głowie szumiało mi tylko jedno pytanie: kim była, albo kim jest Bartycka, bo daj Boże wciąż jeszcze żyje… Krępująca cisza trwała nadal i nic nie wskazywało na to, że Janek sam z siebie zaspokoi malującą się na naszych twarzach ciekawość.

– A zatem, nie wiecie kim była Bartycka?

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które dobrze prezentuje się w sukience

– „Jak to możliwe, że nie znasz tego sklepu, skoro mieszkasz w centrum Warszawy?” To, może trochę abstrakcyjne pytanie zadała mi moja Przyjaciółka kilka lat temu, kiedy spotkałyśmy się na pl. Wojciecha Kilara. Pamiętam, że Jo. wyglądała jak żywcem wyjęta z włoskiej edycji Vogue’a. Ubrana w prostą, ale efektowną sukienkę w kolorze koralowym w jednej ręce trzymała poręcz wózka, w którym jechał jej młodszy syn, a w drugiej trzymała rączkę swojej córeczki o wyglądzie i osobowości aniołka. – „Rzymskie wakacje”!. Rozejrzałam się wokół i pomyślałam, że owszem pięknie zrobiło się w naszych Katowicach, ale żeby od razu porównywać je do Rzymu… -„Zosiu, tak nazywa się ta sukienka. Każda z nich nazywa się inaczej. To są Rzymskie Wakacje, polecam Ci, choć to nie są tanie rzeczy”. Jako wierna fanka sukienek od razu zapamiętałam nazwę sklepu, jednak jako równie wierna fanka oszczędnego życia (bądź co bądź z konieczności) niczego tam nie kupiłam, co więcej długo nie weszłam na stronę internetową tego sklepu, nie mówiąc już o odwiedzeniu siedziby butiku przy ulicy Szpitalnej …

Czytaj dalej…