Warszawa, która jest jak ciepły letni deszcz

Zdarza się, że brak planów jest zdecydowanie najlepszą perspektywą spędzenia piątkowego wieczoru. W tym przypadku, brak zobowiązań, oznacza możliwość zaparzenia gorącej herbaty, wejścia do łóżka i czytania książki, aż do momentu kiedy nie zmorzy nas sen. Banalne, nudne, oldschoolowe; ale przyznajcie sami: czego chcieć więcej? Dźwięk sms – a wytrącił mnie z tych błogich rozmyślań. –„Łazienki Królewskie, spacer z adrenaliną, dziś o 19:30, idziemy?”- Nigdzie nie idę, pomyślałam od razu, ale chwilę później odpisałam: „oczywiście, że tak!”.

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które pachnie kawą

Jest taki moment, tuż po wyjściu z pracy, kiedy nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie jest Twój dzień. Wszystko idzie na opak, nie tak jak powinno, a w dodatku pada deszcz. Zastanawiasz się wtedy, co możesz zrobić, żeby ten dzień miał jednak udane zakończenie. Przechodząc obok jednego z ulubionych teatrów, pomyślałam, że najlepiej będzie wykorzystać ten czas na zrobienie kilku zdjęć do posta. Szybko zorientowałam się, że teatr – co oczywiste, biorąc pod uwagę godzinę – jest zamknięty. Minęłam kasy biletowe; tam przy jedynym stoliku siedział Dyrektor teatru. Ukłoniłam się i uśmiechnęłam zdawkowo. On, nie myśląc długo, otwarł przede mną drzwi, przedstawił się i powiedział: Teatr co prawda jest zamknięty, ale może napije się Pani ze mną kawy?

Czytaj dalej…

Warszawa, która szykuje się do Świąt

To był jeden z tych pięknych, ciepłych i prawdziwie wiosenny dni. Stojąc w pełnym słońcu na obrzeżach Hali Mirowskiej, kontemplowałam  poczyniony zakup i przyznałam w myślach, że palma, którą właśnie wybrałam jest o wiele ładniejsza od tej, którą kupiłam godzinę wcześniej…  W tym właśnie zamyśleniu tkwiłabym  z pewnością jeszcze jakiś czas, gdyby nie to, że na ziemię sprowadził mnie stanowczy, choć przyciszony nieco głos:

– Pani tu nie stała!

– Jak to nie stałam, skoro cały czas tu stoję?

– Pani tu nie stała i nic nie kupowała, rozumie Pani?!

W tym momencie, ewidentnie przerażony sprzedawca, dosłownie wyrwał wybraną przeze mnie przed chwilą palmę i oddał mi moje pieniądze.” Boże Kochany, co się dzieje” – pomyślałam i jakby nie było trochę się przestraszyłam! Właśnie wtedy zobaczyłam podążającą w  naszym kierunku Straż Miejską.

Czytaj dalej…

Warszawa, która jest kobietą

Spośród wszystkich warszawskich poranków, jeden lubię szczególnie. Rokrocznie żałuję wtedy, że nie mam przy sobie aparatu i że nie wyszłam z domu na tyle wcześnie, żeby zdążyć zrobić kilka zdjęć i nie spóźnić się przy tym sakramencko do pracy. Tak – poranek Dnia Kobiet kryje w sobie pewną wyjątkowość, jaką? – ukwieconą. Ten poranek różni się od innych zasadniczo tym, że niezależnie od tego, jaka akurat jest pogoda, w powietrzu pachnie wiosną, a wokoło roi się od kwiatów. Z pewnością jest tak w całej Polsce, jednak tu w Warszawie widać to szczególnie wtedy, kiedy mieszka się w okolicy Hali Mirowskiej. Wtedy, idąc na przystanek tramwajowy, mija się liczne stoiska z kwiatami, przy których kłębią się kolejki Mężczyzn,  pragnących obdarować bukietem swoją żonę, dziewczynę, córkę, przyjaciółkę, albo koleżankę z pracy. W drodze do pracy razem ze mną w tramwaju jechał elegancki Pan w średnim wieku, w garniturze i w muszce. W rękach trzymał na oko dwieście białych róż. Prawdziwy Dżentelmen z klasą.  Jednak nie był jedyny, wokół prawie każdy trzymał w rękach kwiaty. Pomyślałam sobie nagle: tyle jest kobiet do obdarowania, tyle jest kobiet, wobec których czuje się wdzięczność… Jedną z nich  jest Warszawa.


Czytaj dalej…

Warszawa, która stoi w kolejce

Lubicie pączki? Zanim udzielicie odpowiedzi na to pytanie, powinniście wiedzieć, że jest ona o wiele prostsza, niż odpowiedź na pytanie, czy chcecie je kupić…

Dwa lata temu, pożyczyłam od znajomej z pracy grę planszową „Kolejka”. Od tego czasu, nigdy w nią nie grałam, bo żaden z moich znajomych nie był w stanie przebrnąć przez instrukcję obsługi, zawartą w książeczce przypominającej objętością przeciętnych rozmiarów książkę kucharską. Kto by pomyślał, że aż tyle instrukcji może znaleźć zastosowanie w sytuacji, która wydaje się tak bardzo oczywista, jednoznaczna i nie podlegająca dyskusji. W kolejce obowiązuje przecież jedna tylko i wyłącznie zasada: zasada kolejności.

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które karmi

Lubicie piątkowe wieczory? Ja też. Jednego z tych upragnionych, wyczekiwanych wieczorów, spotkaliśmy się przypadkiem z moim Kolegą z pracy na przystanku…  Tramwaj nr 17 spóźniał się niemiłosiernie i zupełnie niezrozumiale, biorąc pod uwagę fakt, że zgodnie z rozkładem, w ciągu ostatnich piętnastu minut powinien przyjechać co najmniej pięć razy… Spoglądam na P, który nerwowo zerkał na zegarek. Szczęśliwi czasu nie liczą, ale Ci spóźnieni a i owszem! – Spieszysz się? Zagaiłam rozmowę, żeby dopełnić zapomnianej i niepraktykowanej tradycji small talku… – Tak, za chwilę mam kolację na Koszykowej, a Ty, też jesteś spóźniona? – Nie, na szczęście wyjątkowo będę na czas, kolacje jadam znacznie później – nawet w zimowe wieczory, kiedy zmrok zapada tuż po 15:00…. Oczywiście, że byłam spóźniona, ale po co wtajemniczać w to Kolegę z pracy… W dodatku na przystanku tramwajowym, gdzie nie wiadomo kto słyszy… Zresztą biorąc pod uwagę fakt, jak często spóźniam się do pracy, pytanie miało charakter czysto retoryczny… Jaki jest jednak sens, aby zdradzać komukolwiek, że kolacja co prawda będzie za dwie godziny, ale czas przygotowania do niej wyniesie około 1,5 h? I nie mam tu na myśli przygotowań kulinarnych, bo kolację zjem przecież na mieście…

Czytaj dalej…

Warszawa, która obdarowuje nadzieją

Dojeżdżałyśmy już do Złotych Tarasów, kiedy koleżanka z przerażeniem w głosie zapytała: – chyba nie zamierzasz w tym stanie chodzić po sklepach? Jesteś całkiem chora i nieodpowiedzialna, lepiej zawiozę Cię do domu, powinnaś iść do łóżka… – Nie mogę, mam misję. Muszę znaleźć koszulkę Milika i piłkę nożną marki Adidas – zacytowałam list do św. Mikołaja napisany przez mojego Siostrzeńca w imieniu swoim i młodszego (niepiśmiennego jeszcze) Brata. Co prawda Mikołaj już jakiś czas temu przestał roznosić prezenty, jednak tego dnia podjęłam decyzję o spontanicznym przyjeździe do Katowic z prezentami pozostawionymi przez Świętego dla Chłopców w Warszawie.

– Milik, pierwsze słyszę, gdyby jeszcze chodziło o Lewandowskiego, można by mieć nadzieję, ale Milik? Wiesz chociaż, gdzie można kupić taką koszulkę? Zasadnicza różnica pomiędzy kobietą niewtajemniczoną w meandry piłki nożnej, a taką, która posiada w Rodzinie dwóch niepełnoletnich, za to zagorzałych fanów tej dyscypliny jest taka, że dla tej drugiej Arkadiusz Milik nie jest postacią anonimową! Spojrzałam na moją koleżankę z lekkim politowaniem i odparłam z satysfakcją: – Oczywiście, że wiem, zrobiłam w tej sprawie wywiad środowiskowy, jestem profesjonalistką!

Czytaj dalej…

Warszawa, która leczy

Są takie poranki, kiedy zamiast budzika, budzi Cię świergot ptaków, przytulny szum deszczu, zapach kawy lub czyjś przyjazny głos, który zapowiada, że śniadanie jest już podane do stołu. Oczami wyobraźni widzisz już ten stół, a na nim: świeże pieczywo, bagietki z Placu Zbawiciela, wiejskie masło ze Społem, kawa z kawiarki (lub równie dobra z ekspresu na kapsułki), małe słoiczki z dżemami i jajecznica. Wstajesz i jesz. Tak bywa.

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które umie słuchać

Zwierzanie się potrzebne jest niektórym z nas, jak zmiana ubrania. Jak zrzucenie z siebie starego i znoszonego, by móc włożyć na jego miejsce takie, które będziemy mogli plamić, brudzić i znaszać (tego bezokolicznika nie jestem pewny gramatycznie) od nowa. Aby jednak zwierzenia nasze wypadły zadowalająco, potrzebna nam jest osoba, która by odpowiednio zwierzenia te odbierała. Bywają bowiem osoby odbierające zwierzenia tak fatalnie, jakby ich w ogóle nie odbierały, i pod koniec seansu stoimy goli, trzymając w ręku wszystko, cośmy z siebie pozdejmowali: marynarkę i spodnie (jeżeli płeć nasza męską jest), bieliznę… i trzęsiemy się z zimna psychicznego, myśląc o tym, że znów w całe to świństwo duszę naszą odziać będziemy musieli. Jeżeli więc, tak jak ja, posiada się Ciocię Mizerię, która rewelacyjnie odbiera zwierzenia, nie żal nakładu, niewielkich zresztą, kosztów i trudu, by udać się raz choćby na czas jakiś do jej podmiejskiej posiadłostki i zwierzyć się tam gruntownie. Ciotka Mizeria jest wdową po generale w stanie spoczynku. Już podczas spoczynku wynalazł generał maszynę do krajania cegły na pół, w przekonaniu, że domek z połówek cegieł, który zamierzał sobie zbudować, będzie o połowę tańszy. W rezultacie zdołał zbudować jedynie pół domku i zmarł z braku funduszów na drugą połowę i z rozpaczy, że tak się pomylił w swoich kalkulacjach. Wdowa po generale mieszka więc obecnie w półdomku, co ma tę dobrą stronę, że połowę czasu, którą pochłonęłoby utrzymywanie w porządku i czystości całego domku (ciotka nie ma żadnej pomocy), ma wolną i może z niej korzystać według swego uznania, między innymi wysłuchując zwierzeń ludzi bliskich.

-Dobry wieczór Ciociu. Po drugiej stronie telefonu, na chwilę zapadła cisza. –Zosiu, mam nadzieję, że Cię nie obudziłam? Dochodziła już 23:30, koniec niedzieli zapowiadał rychły początek kolejnego tygodnia. Byłam zmęczona, ale nie spałam. – Chciałam zapytać, czy może nie wybrałabyś się jutro z nami do teatru? W takich chwilach podejmuje się decyzję bez chwili namysłu:- Do teatru? Zawsze! Zwłaszcza jutro, zwłaszcza z Wami!

Pamiętam, że kiedy przyjechałam do Warszawy, to właśnie Oni –Ciocia i Wujek – odebrali mnie z dworca. Potem razem pojechaliśmy do ich domu, który przez dwa następne tygodnie stał się namiastką mojego własnego. To właśnie z nimi kilka dni później celebrowałam swoje urodziny. Czułam, że nie jestem sama. Od tamtego momentu minęły prawie cztery lata!

Tymczasem, siedzieliśmy obok siebie, w pierwszym rzędzie jednego z moich ulubionych teatrów na Ochocie – trochę jak widzowie, a trochę jak goście. Na scenie pojawiła się Magda Umer – Ciocia Mizeria – a w tle pobrzmiewał powitalny, radiowy głos Wojciecha Manna: „Proszę Państwa, już za chwilę w zaświatach, we wspaniałym towarzystwie, obchody swoich urodzin rozpocznie Jeremi Przybora”. Wielki Jeremi, Mistrz Przybora! Wsłuchałam się w te słowa… i na chwilę na nich zatrzymałam. Zamknęłam oczy i chcąc nie chcąc pozazdrościłam Jubilatowi wspomnianego Towarzystwa. Pomyślałam o Niej – o Tej, której najbardziej lubiłam się zwierzać. Rytuał zawsze był taki sam: poranek; zamknięcie drzwi na klucz; wybieranie numeru i niecierpliwe czekanie na połączenie, przy czym czas oczekiwania zawsze kończył się tuż przy drzwiach wejściowo – wyjściowych mojej kamienicy Zdążyłam je zaledwie lekko uchylić, a po drugiej stronie słuchawki witała mnie już gotowość do słuchania, wspólnego przeżywania, radzenia i interpretowania rozmaitych zdarzeń z mojego życia wziętych. Porannym rozmowom pewnie nie byłoby końca, gdy nie wpojona właśnie przez Nią zasada, że w tramwaju nie rozmawia się przez telefon. A potem praca, wiadomo… i to czekanie aż do wieczora, żeby można było znowu pogadać. I tak w kółko, codziennie. Do czasu.


W pewnym momencie na scenie pojawia się Mumio, w swoim niezastąpionym i bezkonkurencyjnym składzie. Przyjechali tu prosto ze Śląska, żeby celebrować wigilię urodzin Mistrza, w teatrze, który dla mnie samej ma szczególne znaczenie.
Dzień przed wprowadzeniem do swojego warszawskiego mieszkania, wracałam z pracy tramwajem (zaczynam podejrzewać, że ten środek transportu odgrywa w moim życiu rolę niebagatelną – wszystko dzieje się w nim, albo wokół niego). Wyjątkowo wysiadłam na Nowowiejskiej, żeby przesiąść się we wskazaną przez Ciocię 15—tkę. I właśnie wtedy zadzwoniła moja Przyjaciółka. – Zosiu, czy mogę spontanicznie przyjechać do Ciebie na weekend, zrobiłybyśmy parapetówę? W tamto majowe popołudnie poczułam się taka szczęśliwa, choć niestety wiedziałam, że muszę odmówić. – Przyjeżdżają do mnie Rodzice, będziemy urządzać mieszkanie, a ja jadę do Och Teatru. Na Świąteczne Przedstawienie. Świąteczne Przedstawienie w maju, śmiesznie, co? To przedstawienie, tamten wieczór, tamta perspektywa i ten maj ciepły i bezpieczny, na trwałe rozbudziły moją sympatię do Och-u. Od tamtej pory byłam tam wiele razy, jednak trzeba przyznać, że ten, był absolutnie wyjątkowy. Podwójna owacja na stojąco mówi sama za siebie. No właśnie – mówi, bo spektakl dotyczył rozmowy.

Ciekawe, bo nagle zdałam sobie sprawę ile rozmów w tym mieście przeprowadziłam. Ile wysłuchałam, ilu byłam świadkiem. Zupełnie tak, jak gdyby to miasto było przyjacielem, albo raczej przyjaciółką? Coś w tym jest… Warszawa umie słuchać. Oczywiście nie sama, robi to za pośrednictwem wyjątkowych Ludzi, których można tu spotkać…

Warszawa farbami wymalowana

Zdarza Wam się czasem, że stojąc przed obrazem, zdziwienie maluje się na Waszej twarzy, a z Waszych ust dobywa się bezgłośne pytanie: Czy to niedbałe połączenie ze sobą kilku kresek, tworzących bezładny jakby całokształt, naprawdę jest dziełem sztuki? Oczywiście chcąc zrobić na Czytelniku nie lada wrażenie, powinnam teraz napisać: Ależ skąd – to zdarza się wyłącznie dyletantom, ludziom pozbawionym wyobraźni twórczej i wyobraźni w ogóle, prymitywom, ludziom nieobeznanym w świecie kultury wysokiej i kultury jakiejkolwiek bądź. Jest to natomiast obce tym, którzy są światowi, bywają i tu i tam – pojmują, interpretują, kontemplują – są bystrzy i cechuje ich filozoficzny sposób postrzegania rzeczywistości. Jednak są i takie rzeczy, które nie śniły się przecież filozofom…

miejska rewolta

Czytaj dalej…