Warszawa – miasto, które przywołuje wspomnienia

Jaka jestem? Spóźniona. Tak. Całe życie jestem spóźniona…To pytanie i ta nieco zawstydzająca refleksja mimowolnie przyszły mi na myśl w przymierzalni jednej z największych mokotowskich galerii handlowych. I wtedy, kiedy miałam już zamiar zrezygnować z koncertu i zadzwonić do Ju, usłyszałam dobiegający zza kotary głos mojej Kuzynki: „I jak, rozmiar w porządku”? Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i zobaczyłam dziewczynę wyjętą jakby z lat trzydziestych XX wieku. „Sukienka lila niebieska” -natychmiast pobrzmiała mi w uszach jedna z moich ulubionych piosenek, która wyjątkowo pasowała do okoliczności. –Muszę się spieszyć na koncert! –Ale przecież nie zdążysz – usłyszałam w odpowiedzi. –No właśnie! Jestem spóźniona.

Czytaj dalej…

Ulica Dawna – wciąż aktualna

Rzecz działa się na pograniczu ulic Magazynowej i Samochodowej… W okolicach nowo powstałego osiedla, w którym mieszkania sprzedały się na pniu, choć każdy zachodził w głowę, jakim cudem ktoś w ogóle chce tu mieszkać… W tych właśnie rejonach, w wyjątkowo senny poranek piliśmy wspólną kawę… Kwestia jej smaku pozostawiała wiele do życzenia. Czym innym jest jednak kawa, a czym innym natomiast toczona przy niej rozmowa. Od kilku minut mówiliśmy o tym, jak spędziliśmy wczorajszy wieczór, kiedy nagle do rozmowy włączył się Janek: „wczoraj grali Bartycką”… Mówiąc to, spojrzał na nas z całą powagą majestatu, zupełnie tak, jak gdyby opowiadał o nowo wystawianej operze w Teatrze Wielkim.

Cisza.

Spojrzeliśmy z Ksawerym po sobie, potem spojrzeliśmy na Janka, na powrót na siebie i znów na Janka. W głowie szumiało mi tylko jedno pytanie: kim była, albo kim jest Bartycka, bo daj Boże wciąż jeszcze żyje… Krępująca cisza trwała nadal i nic nie wskazywało na to, że Janek sam z siebie zaspokoi malującą się na naszych twarzach ciekawość.

– A zatem, nie wiecie kim była Bartycka?

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które dobrze prezentuje się w sukience

– „Jak to możliwe, że nie znasz tego sklepu, skoro mieszkasz w centrum Warszawy?” To, może trochę abstrakcyjne pytanie zadała mi moja Przyjaciółka kilka lat temu, kiedy spotkałyśmy się na pl. Wojciecha Kilara. Pamiętam, że Jo. wyglądała jak żywcem wyjęta z włoskiej edycji Vogue’a. Ubrana w prostą, ale efektowną sukienkę w kolorze koralowym w jednej ręce trzymała poręcz wózka, w którym jechał jej młodszy syn, a w drugiej trzymała rączkę swojej córeczki o wyglądzie i osobowości aniołka. – „Rzymskie wakacje”!. Rozejrzałam się wokół i pomyślałam, że owszem pięknie zrobiło się w naszych Katowicach, ale żeby od razu porównywać je do Rzymu… -„Zosiu, tak nazywa się ta sukienka. Każda z nich nazywa się inaczej. To są Rzymskie Wakacje, polecam Ci, choć to nie są tanie rzeczy”. Jako wierna fanka sukienek od razu zapamiętałam nazwę sklepu, jednak jako równie wierna fanka oszczędnego życia (bądź co bądź z konieczności) niczego tam nie kupiłam, co więcej długo nie weszłam na stronę internetową tego sklepu, nie mówiąc już o odwiedzeniu siedziby butiku przy ulicy Szpitalnej …

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które kibicuje Polsce

Wygraliśmy. Wygraliśmy 4:0 – to nie jest żart i nie trzeba się śmiać… Tamtego dnia tylko cud sprawił, że zdążyłam na mecz, bo jak zwykle wyszłam z pracy później niż planowałam. Na Stadion Narodowy, zwany przez Warszawiaków Narodowym Koszykiem dotarliśmy metrem wraz z tłumem kibiców przyodzianych w biało czerwone szaliki. Ja również byłam przyodziana – nie w szalik, ale za to w profesjonalną koszulkę z napisem „POLSKA”, którą specjalnie na tę okazję pożyczyła mi koleżanka – wierna kibicka, żona byłego sędziego piłkarskiego. Barwy klubowe, które miał na sobie co drugi przechodzeń – każdy szedł na mecz – tworzyły na ulicach warszawy symboliczną flagę Polski.

Czytaj dalej…

Warszawa, do której mam pociąg – cz. II

Zastanawiacie się czasami, czy wszyscy podróżni, których mijacie na dworcu stoją na właściwym peronie? Ja zadaję sobie w myślach to pytanie za każdym razem, jeszcze zanim pociąg, na który czekam wjedzie na stacje – i to nie tylko dlatego, że słyszałam kiedyś o kobiecie, która zamiast do Warszawy pojechałaby w góry, gdyby nie jakiś życzliwy Człowiek z parasolem w ręku, który w ostatniej chwili wskazał jej prawidłowy kierunek… Zygmunt Freud analizując podobne przypadki stwierdziłby z pewnością, że dokonując takiej pomyłki, realizujemy w istocie swoje podświadome pragnienia… Kto wie, być może tamta kobieta naprawdę marzyła o spacerze po Krupówkach, jednak w praktyce decyzję dotyczącą destynacji podejmujemy zwykle w chwili zakupu biletu i zazwyczaj pragniemy pozostać jej wierni. Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, kiedy pociągów jadących w tym samym kierunku jest więcej…

Czytaj dalej…

Warszawa, do której mam pociąg

Zazwyczaj odbywa się to w ten sam sposób: włączam komputer, wchodzę na stronę PKP EIC, loguję się na indywidualnym koncie i kupuję bilet. Wygodnie, na kanapie, przy herbacie. Jednak biorąc pod uwagę moją nieznośną skłonność do zapominania haseł dostępu, w końcu nastała chwila kiedy to musiałam skorzystać z bardziej tradycyjnego rozwiązania. I tak przy okazji sobotnich zakupów w przydworcowej Galerii Katowice, stanęłam w kolejce po bilet kolejowy do Warszawy.

Czytaj dalej…

Warszawa, w której pobrzmiewają melodie

Budynek Uniwersytetu, w którym spędziłam pięć lat swojego życia graniczył z ówczesną siedzibą Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Tuż obok wejścia głównego do NOSPRU, znajdowało się drugie: mniejsze, węższe, prawie niezauważalne. Wiedzieli o nim jednak wszyscy, bo właśnie tam mieścił się jedyny na tamte czasy godny uwagi klub studencki – Jazz Club Hipnoza. Chodziliśmy tam chętnie, w przerwach między kolejnymi wykładami, a najchętniej wieczorami, kiedy do posiłku przygrywały nam studenckie kapele z pobliskiej Akademii Muzycznej. Już wtedy Katowice były dla mnie miastem muzyki. 

Czytaj dalej…

Warszawa, po której dobrze się biega

Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono – zabrzmiało dość  górnolotnie, ale prawda jest taka, że wiemy o sobie stosunkowo niewiele. Gdyby ktoś, dwa lata temu powiedział mi, że będę biegać, stwierdziłabym, że żartuje, bo równie prawdopodobne byłoby to, że zacznę pływać na desce windsurfingowej, albo pojadę do Nepalu z zamiarem wspinania się w Himalajach… Oczywiście, po Warszawie częściej „biega się”, niż chodzi, w czym akurat od zawsze byłam specjalistką, jednak kiedy przychodziło co do czego i trzeba było dogonić oddalony o kilka metrów tramwaj, kończyło się na tym, że wbiegałam do niego kompletnie oszołomiona towarzyszącą mi zadyszką, łapiąc przy tym powietrze jak umierający i obawiając się, że za chwilę zemdleję… Ludzie zgromadzeni wokół, wpatrywali się we mnie z przerażeniem. Było to o tyle żenujące, że starsze Panie, widząc moją niemoc,ustępowały mi miejsca siedzącego w zatłoczonej siedemnastce… Chcąc zachować odrobinę godności odmawiałam grzecznie, wymachując porozumiewawczo jedną ręką (drugą natomiast, profilaktycznie trzymałam się za serce). Przez resztę drogi, stałam zgięta w pół, kurczowo trzymając się poręczy i obiecując sobie w duchu, że następnym razem wyjdę z domu wcześniej, inaczej pewnego razu padnę w drodze do pracy…

Czytaj dalej…

Warszawa, która jest jak ciepły letni deszcz

Zdarza się, że brak planów jest zdecydowanie najlepszą perspektywą spędzenia piątkowego wieczoru. W tym przypadku, brak zobowiązań, oznacza możliwość zaparzenia gorącej herbaty, wejścia do łóżka i czytania książki, aż do momentu kiedy nie zmorzy nas sen. Banalne, nudne, oldschoolowe; ale przyznajcie sami: czego chcieć więcej? Dźwięk sms – a wytrącił mnie z tych błogich rozmyślań. –„Łazienki Królewskie, spacer z adrenaliną, dziś o 19:30, idziemy?”- Nigdzie nie idę, pomyślałam od razu, ale chwilę później odpisałam: „oczywiście, że tak!”.

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które pachnie kawą

Jest taki moment, tuż po wyjściu z pracy, kiedy nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie jest Twój dzień. Wszystko idzie na opak, nie tak jak powinno, a w dodatku pada deszcz. Zastanawiasz się wtedy, co możesz zrobić, żeby ten dzień miał jednak udane zakończenie. Przechodząc obok jednego z ulubionych teatrów, pomyślałam, że najlepiej będzie wykorzystać ten czas na zrobienie kilku zdjęć do posta. Szybko zorientowałam się, że teatr – co oczywiste, biorąc pod uwagę godzinę – jest zamknięty. Minęłam kasy biletowe; tam przy jedynym stoliku siedział Dyrektor teatru. Ukłoniłam się i uśmiechnęłam zdawkowo. On, nie myśląc długo, otwarł przede mną drzwi, przedstawił się i powiedział: Teatr co prawda jest zamknięty, ale może napije się Pani ze mną kawy?

Czytaj dalej…