Warszawa, do której mam pociąg

Zazwyczaj odbywa się to w ten sam sposób: włączam komputer, wchodzę na stronę PKP EIC, loguję się na indywidualnym koncie i kupuję bilet. Wygodnie, na kanapie, przy herbacie. Jednak biorąc pod uwagę moją nieznośną skłonność do zapominania haseł dostępu, w końcu nastała chwila kiedy to musiałam skorzystać z bardziej tradycyjnego rozwiązania. I tak przy okazji sobotnich zakupów w przydworcowej Galerii Katowice, stanęłam w kolejce po bilet kolejowy do Warszawy.

Czytaj dalej…

Warszawa, w której pobrzmiewają melodie

Budynek Uniwersytetu, w którym spędziłam pięć lat swojego życia graniczył z ówczesną siedzibą Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Tuż obok wejścia głównego do NOSPRU, znajdowało się drugie: mniejsze, węższe, prawie niezauważalne. Wiedzieli o nim jednak wszyscy, bo właśnie tam mieścił się jedyny na tamte czasy godny uwagi klub studencki – Jazz Club Hipnoza. Chodziliśmy tam chętnie, w przerwach między kolejnymi wykładami, a najchętniej wieczorami, kiedy do posiłku przygrywały nam studenckie kapele z pobliskiej Akademii Muzycznej. Już wtedy Katowice były dla mnie miastem muzyki. 

Czytaj dalej…

Warszawa, po której dobrze się biega

Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono – zabrzmiało dość  górnolotnie, ale prawda jest taka, że wiemy o sobie stosunkowo niewiele. Gdyby ktoś, dwa lata temu powiedział mi, że będę biegać, stwierdziłabym, że żartuje, bo równie prawdopodobne byłoby to, że zacznę pływać na desce windsurfingowej, albo pojadę do Nepalu z zamiarem wspinania się w Himalajach… Oczywiście, po Warszawie częściej „biega się”, niż chodzi, w czym akurat od zawsze byłam specjalistką, jednak kiedy przychodziło co do czego i trzeba było dogonić oddalony o kilka metrów tramwaj, kończyło się na tym, że wbiegałam do niego kompletnie oszołomiona towarzyszącą mi zadyszką, łapiąc przy tym powietrze jak umierający i obawiając się, że za chwilę zemdleję… Ludzie zgromadzeni wokół, wpatrywali się we mnie z przerażeniem. Było to o tyle żenujące, że starsze Panie, widząc moją niemoc,ustępowały mi miejsca siedzącego w zatłoczonej siedemnastce… Chcąc zachować odrobinę godności odmawiałam grzecznie, wymachując porozumiewawczo jedną ręką (drugą natomiast, profilaktycznie trzymałam się za serce). Przez resztę drogi, stałam zgięta w pół, kurczowo trzymając się poręczy i obiecując sobie w duchu, że następnym razem wyjdę z domu wcześniej, inaczej pewnego razu padnę w drodze do pracy…

Czytaj dalej…

Warszawa, która jest jak ciepły letni deszcz

Zdarza się, że brak planów jest zdecydowanie najlepszą perspektywą spędzenia piątkowego wieczoru. W tym przypadku, brak zobowiązań, oznacza możliwość zaparzenia gorącej herbaty, wejścia do łóżka i czytania książki, aż do momentu kiedy nie zmorzy nas sen. Banalne, nudne, oldschoolowe; ale przyznajcie sami: czego chcieć więcej? Dźwięk sms – a wytrącił mnie z tych błogich rozmyślań. –„Łazienki Królewskie, spacer z adrenaliną, dziś o 19:30, idziemy?”- Nigdzie nie idę, pomyślałam od razu, ale chwilę później odpisałam: „oczywiście, że tak!”.

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które pachnie kawą

Jest taki moment, tuż po wyjściu z pracy, kiedy nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie jest Twój dzień. Wszystko idzie na opak, nie tak jak powinno, a w dodatku pada deszcz. Zastanawiasz się wtedy, co możesz zrobić, żeby ten dzień miał jednak udane zakończenie. Przechodząc obok jednego z ulubionych teatrów, pomyślałam, że najlepiej będzie wykorzystać ten czas na zrobienie kilku zdjęć do posta. Szybko zorientowałam się, że teatr – co oczywiste, biorąc pod uwagę godzinę – jest zamknięty. Minęłam kasy biletowe; tam przy jedynym stoliku siedział Dyrektor teatru. Ukłoniłam się i uśmiechnęłam zdawkowo. On, nie myśląc długo, otwarł przede mną drzwi, przedstawił się i powiedział: Teatr co prawda jest zamknięty, ale może napije się Pani ze mną kawy?

Czytaj dalej…

Warszawa, która szykuje się do Świąt

To był jeden z tych pięknych, ciepłych i prawdziwie wiosenny dni. Stojąc w pełnym słońcu na obrzeżach Hali Mirowskiej, kontemplowałam  poczyniony zakup i przyznałam w myślach, że palma, którą właśnie wybrałam jest o wiele ładniejsza od tej, którą kupiłam godzinę wcześniej…  W tym właśnie zamyśleniu tkwiłabym  z pewnością jeszcze jakiś czas, gdyby nie to, że na ziemię sprowadził mnie stanowczy, choć przyciszony nieco głos:

– Pani tu nie stała!

– Jak to nie stałam, skoro cały czas tu stoję?

– Pani tu nie stała i nic nie kupowała, rozumie Pani?!

W tym momencie, ewidentnie przerażony sprzedawca, dosłownie wyrwał wybraną przeze mnie przed chwilą palmę i oddał mi moje pieniądze.” Boże Kochany, co się dzieje” – pomyślałam i jakby nie było trochę się przestraszyłam! Właśnie wtedy zobaczyłam podążającą w  naszym kierunku Straż Miejską.

Czytaj dalej…

Warszawa, która jest kobietą

Spośród wszystkich warszawskich poranków, jeden lubię szczególnie. Rokrocznie żałuję wtedy, że nie mam przy sobie aparatu i że nie wyszłam z domu na tyle wcześnie, żeby zdążyć zrobić kilka zdjęć i nie spóźnić się przy tym sakramencko do pracy. Tak – poranek Dnia Kobiet kryje w sobie pewną wyjątkowość, jaką? – ukwieconą. Ten poranek różni się od innych zasadniczo tym, że niezależnie od tego, jaka akurat jest pogoda, w powietrzu pachnie wiosną, a wokoło roi się od kwiatów. Z pewnością jest tak w całej Polsce, jednak tu w Warszawie widać to szczególnie wtedy, kiedy mieszka się w okolicy Hali Mirowskiej. Wtedy, idąc na przystanek tramwajowy, mija się liczne stoiska z kwiatami, przy których kłębią się kolejki Mężczyzn,  pragnących obdarować bukietem swoją żonę, dziewczynę, córkę, przyjaciółkę, albo koleżankę z pracy. W drodze do pracy razem ze mną w tramwaju jechał elegancki Pan w średnim wieku, w garniturze i w muszce. W rękach trzymał na oko dwieście białych róż. Prawdziwy Dżentelmen z klasą.  Jednak nie był jedyny, wokół prawie każdy trzymał w rękach kwiaty. Pomyślałam sobie nagle: tyle jest kobiet do obdarowania, tyle jest kobiet, wobec których czuje się wdzięczność… Jedną z nich  jest Warszawa.


Czytaj dalej…

Warszawa, która stoi w kolejce

Lubicie pączki? Zanim udzielicie odpowiedzi na to pytanie, powinniście wiedzieć, że jest ona o wiele prostsza, niż odpowiedź na pytanie, czy chcecie je kupić…

Dwa lata temu, pożyczyłam od znajomej z pracy grę planszową „Kolejka”. Od tego czasu, nigdy w nią nie grałam, bo żaden z moich znajomych nie był w stanie przebrnąć przez instrukcję obsługi, zawartą w książeczce przypominającej objętością przeciętnych rozmiarów książkę kucharską. Kto by pomyślał, że aż tyle instrukcji może znaleźć zastosowanie w sytuacji, która wydaje się tak bardzo oczywista, jednoznaczna i nie podlegająca dyskusji. W kolejce obowiązuje przecież jedna tylko i wyłącznie zasada: zasada kolejności.

Czytaj dalej…

Warszawa – miasto, które karmi

Lubicie piątkowe wieczory? Ja też. Jednego z tych upragnionych, wyczekiwanych wieczorów, spotkaliśmy się przypadkiem z moim Kolegą z pracy na przystanku…  Tramwaj nr 17 spóźniał się niemiłosiernie i zupełnie niezrozumiale, biorąc pod uwagę fakt, że zgodnie z rozkładem, w ciągu ostatnich piętnastu minut powinien przyjechać co najmniej pięć razy… Spoglądam na P, który nerwowo zerkał na zegarek. Szczęśliwi czasu nie liczą, ale Ci spóźnieni a i owszem! – Spieszysz się? Zagaiłam rozmowę, żeby dopełnić zapomnianej i niepraktykowanej tradycji small talku… – Tak, za chwilę mam kolację na Koszykowej, a Ty, też jesteś spóźniona? – Nie, na szczęście wyjątkowo będę na czas, kolacje jadam znacznie później – nawet w zimowe wieczory, kiedy zmrok zapada tuż po 15:00…. Oczywiście, że byłam spóźniona, ale po co wtajemniczać w to Kolegę z pracy… W dodatku na przystanku tramwajowym, gdzie nie wiadomo kto słyszy… Zresztą biorąc pod uwagę fakt, jak często spóźniam się do pracy, pytanie miało charakter czysto retoryczny… Jaki jest jednak sens, aby zdradzać komukolwiek, że kolacja co prawda będzie za dwie godziny, ale czas przygotowania do niej wyniesie około 1,5 h? I nie mam tu na myśli przygotowań kulinarnych, bo kolację zjem przecież na mieście…

Czytaj dalej…

Warszawa, która obdarowuje nadzieją

Dojeżdżałyśmy już do Złotych Tarasów, kiedy koleżanka z przerażeniem w głosie zapytała: – chyba nie zamierzasz w tym stanie chodzić po sklepach? Jesteś całkiem chora i nieodpowiedzialna, lepiej zawiozę Cię do domu, powinnaś iść do łóżka… – Nie mogę, mam misję. Muszę znaleźć koszulkę Milika i piłkę nożną marki Adidas – zacytowałam list do św. Mikołaja napisany przez mojego Siostrzeńca w imieniu swoim i młodszego (niepiśmiennego jeszcze) Brata. Co prawda Mikołaj już jakiś czas temu przestał roznosić prezenty, jednak tego dnia podjęłam decyzję o spontanicznym przyjeździe do Katowic z prezentami pozostawionymi przez Świętego dla Chłopców w Warszawie.

– Milik, pierwsze słyszę, gdyby jeszcze chodziło o Lewandowskiego, można by mieć nadzieję, ale Milik? Wiesz chociaż, gdzie można kupić taką koszulkę? Zasadnicza różnica pomiędzy kobietą niewtajemniczoną w meandry piłki nożnej, a taką, która posiada w Rodzinie dwóch niepełnoletnich, za to zagorzałych fanów tej dyscypliny jest taka, że dla tej drugiej Arkadiusz Milik nie jest postacią anonimową! Spojrzałam na moją koleżankę z lekkim politowaniem i odparłam z satysfakcją: – Oczywiście, że wiem, zrobiłam w tej sprawie wywiad środowiskowy, jestem profesjonalistką!

Czytaj dalej…